sobota, 23 listopada 2013

Przepisy antykryzysowe wchodzą w życie

W czwartek wchodzą w życie przepisy antykryzysowe, czyli ustawa z 6 listopada 2013 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z ochroną miejsc pracy (Dz.U. poz. 1291). 

W jej świetle ocalenie etatu kosztem okresowego, ale znacznego pogorszenia warunków wynagradzania, jest korzystne dla osoby zatrudnionej. 

Niekorzystne warunki wykonywania obowiązków nie muszą być zaakceptowane przez osobę zainteresowaną, w takim przypadku zostaną mu narzucone.
Zgodnie z ustawą pracodawca w przypadku mniejszej ilości zamówień wskutek dekoniunktury (co musi być potwierdzone przez rząd) może zastosować w swojej firmie jedno z dwóch proponowanych rozwiązań: albo czasowo wprowadzić przestój, albo zmniejszyć wymiar czasu pracy zatrudnionych. Za ten okres pracownik będzie otrzymywać wynagrodzenie odpowiadające przynajmniej minimalnej płacy. Jej część pokryje Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.

wp.pl

Złodzieje mają nowy sposób na bankomaty

Eksplozja w Gdańsku. Około godziny 5 rano nieznani sprawcy wysadzili bankomat przy ulicy Warszawskiej. Na początku tygodnia do podobnych zdarzeń doszło w Kielcach i Starachowicach. I choć policjanci oficjalnie nie chcą łączyć zdarzeń na Pomorzu czy w południowej Polsce, to kryminalni uważają, że za serią „wybuchowych bankomatów”, stoją ci sami bandyci. A przynajmniej dzielący się między sobą informacjami, na temat techniki.

Wysadzenie bankomatu w Gdańsku to już kolejny taki przypadek w ostatnim czasie. Na miejscu, przy supermarkecie na ulicy Warszawskiej, od rana pracują policjanci. Nie wiadomo, jaką kwotę zrabowali sprawcy.

Wybuchowa seria 

Do pierwszych wybuchów doszło w 2010 roku w niewielkiej miejscowości Bojano, chwilę później w Suchym Dębie. Po dwóch latach przerwy, nową serię rozpoczęła Gdynia, ostatnio Starachowice i Kielce. Wszędzie scenariusz wyglądał tak samo. W nocy, do wcześniej obserwowanego bankomatu podjeżdżała grupa osób i pod osłoną nocy niszczyła go za pomocą ładunków wybuchowych. Najprawdopodobniej detonując wcześniej wpompowany do środka gaz. 

- Eksplozja była na tyle silna, że wszystkich postawiła na nogi - mówi serwisowi NaSygnale.pl pan Marcin, świadek zdarzenia, do którego doszło w Kielcach. - To było ok. 4 rano, ale nigdy czegoś takiego nie słyszałem. Myślałem, że wojna idzie. Jak wychyliłem się przez okno, to widziałem tylko porozrzucane elementy bankomatu i uciekających ludzi. Ale bez szczegółów, bo bardzo ciemno było, a ja zaspany. Żona też kazała mi wracać do drugiego pokoju, żeby mi się coś nie stało. 

- W ten sposób bankomat został doszczętnie zniszczony. Elementy bankomatu, mniejsze lub większe, zostały rozrzucone do kilkudziesięciu metrów. W tej wstępnej fazie zależało nam na tym, żeby sprawdzić, czy nikomu nic się nie stało. W Kielcach żadna osoba nie ucierpiała. Oczywiście teren został sprawdzony przez pirotechnika - mówi dla NaSygnale.pl podkom. Grzegorz Dudek, rzecznik prasowy świętokrzyskiej policji. 

Eksplozja była tak silna, że poza pancernym bankomatem, zniszczona została również ściana oraz drzwi wejściowe do hipermarketu. 


- O dokładnym sposobie działania nie chcemy mówić, ale niewątpliwie była to silna eksplozja. Działania sprawców było ukierunkowane na pozyskanie z niego pieniędzy. Na teraz nie mamy szczegółów co do kwoty, która została skradziona – podkom. Grzegorz Dudek, rzecznik prasowy świętokrzyskiej policji. 

Za każdym razem ze zdewastowanego bankomatu ginęła znaczna suma pieniędzy. Policjanci i przedstawiciele banków nie chcieli mówić o kwotach, ale szacuje się, że w każdym bankomacie mogło być kilkadziesiąt tysięcy złotych. Sprawa jest rozwojowa. 

Robert Kulig     nasygnale.pl

Dniówka za 5 piw. Ilu Polaków by na to poszło?

Okazuje się, że nie tylko polskie miasta borykają się z odwiecznym problemem w postaci tzw. "żuli spod sklepu", którzy zaczepiają przechodniów, żebrzą i niepodzielnie panują w parkach. Podobne kłopoty ma również Holandia. Amsterdamskie władze mają jednak zupełnie niesztampowy pomysł na walkę z miejscowymi pijakami - dają im pracę, za którą płacą... w piwie!

 W ramach projektu jednej z fundacji 20 amsterdamskich pijaczków, stałych bywalców Oosterpark, którzy zwykli urządzać tam libacje i bijatyki, dostało pracę przy sprzątaniu ulic. Podobne projekty resocjalizacji poprzez pracę mają długą tradycję i często kończyły się fiaskiem. Holendrzy wpadli jednak na pomysł, by za pracę nagradzać tym, co dla pijaków najcenniejsze - alkoholem. W tym wypadku jest to 5 puszek piwa rozdawanych nietypowym pracownikom w ciągu dnia. Motywacja do roboty - murowana!
Grupa amsterdamskich pijaków stawia się w punkcie zbiorczym o 9 rano. Na początek każdy dostaje dwie puszki piwa i... opcjonalną kawę. Około 10 rozpoczynają pracę w dwóch grupach. Po kilku godzinach mają przerwę na darmowy obiad, do którego serwuje im się kolejne dwa piwa. Pracę kończą z reguły około 15:30. Na pożegnanie - kolejna puszka piwa. Oprócz piwnej zapłaty pracownicy otrzymują 10 euro dniówki i odmierzoną ilość tytoniu.
- To jasne jak słońce: korzystamy na tym wszyscy. Nie przesiadują już w parkach, piją mniej, lepiej się odżywiają i mają pracę, którą są zajęci w ciągu dnia - twierdzą koordynatorzy projektu. Wątpliwości co do skuteczności terapii ograniczającej picie ma jednak jeden z samych zainteresowanych: - Oczywiście pijemy w sposób bardziej uporządkowany, ale na pewno nie pijemy mniej - twierdzi niejaki Frank - Po pracy idziemy do supermarketu i zamieniamy zarobione 10 euro na piwo. O 8 rano, gdy sklep otwierają, również jesteśmy pierwsi na miejscu i kupujemy alkohol - dodaje. Jak widać pijackie zwyczaje są wszędzie takie same, no może polscy żulikowie pod sklepem meldują się już o 6.
Z ponurą diagnozą kumpla od kieliszka nie zgadza się inny uczestnik projektu, były piekarz, który twierdzi, że prowadzi się znacznie lepiej niż wcześniej: - Wracam do domu, widzę, że dzień jakoś zleciał i nie czuję, że muszę się koniecznie napić - zwierza się. Nie bez znaczenia jest również zawartość procentowa nietypowej dniówki. - Z piwem, które nam dają jest jeszcze tyle dobrego, że jest lekkie. To 5 procentów, nie 11 czy 12, jak piliśmy wcześniej - dodaje.
Co ciekawe, w wyniku akcji w pijakach budzi się nawet coś w rodzaju odpowiedzialności za wspólnotę. - Mamy satysfakcję, robota zrobiona, społeczeństwo ma z nas pożytek, mimo że pijemy - podsumowują uczestnicy.
Myślicie, że podobny projekt miałby szansę powodzenia w Polsce? Zakładamy, że chętnych by nie zabrakło...
KP/PFi, facet.wp.pl

piątek, 22 listopada 2013

"Mieliśmy mnóstwo męskich hormonów i trzeba było dać im upust"

Drugiego takiego Polska nie miała i mieć nie będzie. Inteligentny, bezkompromisowy, z szaleńczą wręcz odwagą i fantazją. Władysław Kozakiewicz, bo o nim mowa, nie bał się pokazać Sowietom "wała" na szczelnie wypełnionym stadionie "Łużniki", swoje życie zbudował w Niemczech, a teraz promuje w Polsce książkę, w której aż roi się od anegdot. 

To jednak nie wszystko, co 59-latek ma do powiedzenia, a wręcz przeciwnie. W wywiadzie dla "Super Expressu" legendarny sportowiec opowiedział o swoich podbojach miłosnych. Jak się okazuje, było ich sporo, a Kozakiewicz nie ma żadnych oporów przed opowiadaniem o tych sprawach. Zresztą, do powściągliwych w słowach nigdy nie należał. 

- Jeździliśmy po świecie, byliśmy lepiej ubrani od innych i pojawiały się studentki, pragnące nas poznać. Często na treningach w hali warszawskiej AWF pojawiały się studentki, które nas obserwowały. Pobliski akademik dla dziewczyn nazywany był "Tartakiem". Wodzirejem był Władek Komar. Do tego stopnia, że czasami mówiliśmy mu, aby zostawił dziewczyny w spokoju, bo w jego pokoju już jedna czeka - opowiada. 

- Ja i Tadek Ślusarski nie wyrzucaliśmy dziewczyn z łóżka. Mieliśmy mnóstwo męskich hormonów i trzeba było "spuścić z wentyla", żeby nie zwariować. Z lekkoatletek najbardziej seksu potrzebowały skoczkinie wzwyż i płotkarki, a dziewczyny mieliśmy przepiękne w tych konkurencjach - dodaje, nie owijając w bawełnę. Tekst o "spuszczeniu z wentyla" może wręcz szokować co bardziej pruderyjnych. 

Okazuje się, że Kozakiewicz nie ograniczał się do polskich dziewczyn. W końcu jednak ustatkował się i ograniczył do jednej pani, swojej żony. - Miałem piękne kobiety, w tym Amerykankę, Kanadyjkę, Belgijkę i inne. Moja żona nie o wszystkim wie. Mimo wszystko czułem się samotny. Dojrzałem przed trzydziestką, zacząłem inaczej myśleć. Poznałem przepiękną kobietę, z którą jestem od 34 lat - kończy w wywiadzie dla "SE". 

Cóż, z pewnością jako młody sportowiec miał bardzo ciekawe życie i ma o czym opowiadać. Trudno się dziwić modzie na sportowe autobiografie, skoro zawartych jest w nich tyle ciekawych historii, a ludzie będący ich bohaterami posiadają nieprzebrane pokłady anegdot, czasem bardzo mocnych. Do takich postaci z pewnością należy Kozakiewicz. 

Roman Koń         babol.pl

Idą roszady na rynku ochrony

Hiszpański Prosegur, globalny potentat na rynku ochrony wziął na celownik Konsalnet, największego gracza branży security w Polsce - ustaliła "Rzeczpospolita".


Sektor ochrony to ogromny pracodawca. W różnych formach zatrudnia w kraju 300 tys. osób. W branży działa 2,5 tys. firm. Jeśli dojdzie do przejęcia większego gracza, na krajowym rynku usług związanych z bezpieczeństwem nastąpią ostre przetasowania.
Według informacji "Rzeczpospolitej", Prosegur, który w Europie działa od Portugalii po Niemcy i jest liderem w hiszpańskojęzycznych krajach Ameryki Łacińskiej, już negocjuje z Konsalnetem warunki przejęcia i obsadę stanowisk.
Warszawska firma, która ma oddziały w całym kraju i przychody przekraczające 750 mln zł rocznie, jest własnością funduszu inwestycyjnego Value4Capital Eastern Europe, który już kilka miesięcy temu sygnalizował, że ze sprzedażą Konsalnetu czeka na sprzyjający moment i byłby gotów do wyjścia z biznesu.
Zdaniem części analityków, Prosegur nie jest jedynym graczem w wyścigu o Konsalnet. Apetyt na polskiego lidera ma też obecny u nas od lat skandynawski gigant Securitas. Ewentualne przejęcie Konsalnetu dałoby mu pierwsze miejsce i pełną dominację na wartym niemal 7 mld zł rynku.


E-zwolnienie od 2015 roku

Skuteczniejsza kontrola chorobowego ruszy z rocznym opóźnieniem. Wszystko z powodu opóźnień w uchwalaniu stosownych przepisów i braku gotowości firm - pisze "Dziennik Gazeta Prawna". 

W lutym Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej przygotowało założenia do ustawy i podało planowany termin wejścia w życie ustawy - 1 stycznia 2014 roku. Jednak dopiero teraz Rządowe Centrum Legislacji przygotowało projekt ustawy o zmianie ustawy o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa. To w niej zapisano zasady wystawiania e-zwolnień lekarskich. Mają obowiązywać od 1 stycznia 2015 roku. 

Obecnie sprawdzane są wyłącznie zwolnienia trwające ponad 7 dni. Tyle bowiem czasu ma ubezpieczony na dostarczenie papierowego potwierdzenia niezdolności do pracy. Wprowadzenie e-zwolnienia umożliwi kontrolę i krótszych zwolnień, których jest o wiele więcej. 


W nowym systemie e-zwolnienie trafi do ZUS. Aby to było możliwe, lekarz będzie musiał je potwierdzić, korzystając z kwalifikowanego certyfikatu, zaufanego profilu ePUAP lub innych technologii umożliwiających jego identyfikację. Taki dokument będzie musiał wskazywać okres niezdolności do pracy oraz numer statystyczny choroby. System informatyczny ma podpowiadać lekarzowi dane chorego i płatnika. Jeśli nie będą się zgadzać, w zwolnieniu znajdą się dane podane przez chorego. 

Lekarz będzie miał obowiązek przekazać e-zwolnienie w dniu jego wystawienia na elektroniczną skrzynkę podawczą ZUS lub niezwłocznie po ustaniu przyczyny uniemożliwiającej przekazanie takiego zaświadczenia, np. brak dostępu do internetu lub możliwości uwierzytelnienia zaświadczenia lekarskiego za pomocą kwalifikowanego e-podpisu lub awaria ePUAP. 


Wystawienie zwolnień papierowych nadal będzie możliwe. Lekarz zostanie do tego zobowiązany na żądanie ubezpieczonego lub w sytuacji kiedy firma nie posiada profilu informacyjnego płatnika składek. Taki papierowy dokument trafi jednak do ZUS w formie elektronicznej - lekarz będzie miał trzy dni na dopełnienie tego obowiązku.

Firmy liczą, że zmiany ograniczą liczbę chorych nieobecnych w pracy tylko przez kilka dni. Jednak e-zwolnienia mogą przysporzyć problemów przedsiębiorcom. Profil informacyjny będą musieli założyć wszyscy płatnicy, którzy mają obowiązek przekazywania do ZUS danych w formie elektronicznej (firmy zatrudniające więcej niż 5 osób). Projekt ustawy zakłada, że wszyscy, którzy już utworzyli taki profil, zostaną zobowiązani do jego utrzymania nawet wówczas, gdy nie mają obowiązku korzystania z elektronicznego transportu danych.

Po zmianach to ZUS, a jak dotychczas nie lekarz, będzie informował o konieczności usunięcia nieprawidłowości w zaświadczeniu.

Jak zauważa Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, rząd wprowadzając e-zwolnienia, zupełnie się nie liczy ani z lekarzami, ani z osobami chorymi. Celem takiego systemu ma być nadzorowanie, zawieszanie zwolnień i podważanie decyzji leczącego. System ZUS nie zawsze działa w sposób prawidłowy. W efekcie może się okazać, że nie będzie możliwe wystawienie elektronicznego zwolnienia lekarskiego. Hamankiewicz przypomina, że medycy od wielu lat domagają się, by lekarze wystawiający zwolnienia lekarskie otrzymywali za to wynagrodzenie. 


finanse.wp.pl

czwartek, 21 listopada 2013

Ojciec ucznia: Cygan nie będzie uczył mojego syna

13 proc. Romów zadeklarowało w 2011 r., że pracuje, a 86 proc. zostało zakwalifikowanych jako bezrobotni lub obywatele o nieustalonym statusie na rynku pracy. Osoby pochodzenia romskiego nadal spotykają się z szykanami w naszym kraju. Mają też duże trudności z podejmowaniem zatrudnienia.

Janusz (nie podajemy nazwiska na jego prośbę) jest historykiem i uczy w jednej z pomorskich podstawówek. Na swoim profilu na Facebooku podał, że jest Romem. Kilka dni później ojciec jednego z uczniów powiedział mu wprost: „Żaden Cygan nie będzie uczył mojego syna i to jeszcze historii”. 

- Ojciec ucznia zapowiedział, że przeniesie syna do innej klasy, w której nie uczą „brudasy i złodzieje” – opowiada Janusz. - Nie afiszuję się z moim pochodzeniem, ale też go specjalnie nie ukrywam i przyznam, że z tak skandaliczną reakcją jeszcze się nie spotkałem. Postanowiłem zbagatelizować sprawę, żeby nie robić afery w szkole. 

Dodajmy, że Janusz w szkole pracuje już od kilkunastu lat, jest nauczycielem mianowanym i kilka razy otrzymał nagrodę dyrektora za osiągnięcia w pracy (jego uczniowie są laureatami lokalnych i ogólnopolskich konkursów). Jak mówi nie rozumie, dlaczego w obecnych czasach ciągle musi borykać się z prymitywnymi uprzedzeniami. 

Lepiej już być z Bliskiego Wschodu 

I nie tylko on. Z dużą podejrzliwością są traktowani Romowie szukający pracy w sklepach. Bywa, że są proszeni – chociaż przepisy tego nie wymagają – o zaświadczenia o niekaralności. Podczas rozmów kwalifikacyjnych rekruterzy bardzo często zwracają uwagę na karnację kandydata. Osoby starające się o pracę wolą powiedzieć, że pochodzą z Bliskiego Wschodu niż że są Romami. 

- Pracodawcy nie chcą ich zatrudniać, bo wierzą w stereotypy mówiące, że Romowie są leniwi, kradną i migają się od pracy. Zdarza się to często. Przez to Romowie uciekają się nawet do prób zmian swojego wyglądu, by na pierwszy rzut oka nie było widać, że są pochodzenia romskiego – tłumaczy Roman Chojnacki, prezes Związku Romów Polskich, zasiadający w Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych. - Większość Romów nie posiada odpowiedniego wykształcenia i kwalifikacji, by sprostać wymaganiom pracodawców. Ale zdarza się i tak, że Romowie z wyższym wykształceniem zbierają złom. Ale tak jest nie tylko w przypadku Romów. 

Ma kwalifikacje, ale może budzić nieufność wśród klientów 

Ernest Biernacki (jego matka jest Romką) też miał kłopoty podczas starania się o pracę. Ukończył ekonomię i szukał jakiegokolwiek zajęcia. Podczas spotkania rekrutacyjnego w jednym z banków dowiedział się, że ma odpowiednie kwalifikacje, ale może wzbudzać nieufność. 

- Powiedzieli, że powinienem to zrozumieć. I że na inne stanowisko, które nie wymagałoby kontaktów z klientami, by mnie przyjęli. Prawdopodobnie z internetu dowiedzieli się, że po części jestem Romem. Bo niczego im nie mówiłem. Mam ciemną skórę, ale nie wiem co to ma wspólnego z nieufnością – mówi Ernest Biernacki, obecnie pracuje w myjni samochodowej w Gdańsku i planuje wyemigrować do Norwegii. 


praca.wp.pl

Genialny wynalazek młodego Polaka!

Wydatki na naukę nie są w Polsce wysokie, stąd też mimo licznych talentów i wybitnych umysłów w narodzie, brakuje nam szczególnych osiągnięć technologicznych oraz naukowców, którzy mogliby zrobić światową karierę. Tym bardziej należy docenić pojedyncze "perełki", ludzi, których wyniki badań okazują się bardzo interesujące i mogą się okazać szalenie ważne. Do takowych z pewnością należy Mateusz Taszarek. 

25-latek jest doktorantem w Instytucie Geografii Fizycznej i Kształtowania Środowiska Przyrodniczego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W tym roku opublikował pracę zatytułowaną "Możliwości prognozowania trąb powietrznych w Polsce". De facto jest to opis prac nad wdrażanym przez Taszarka systemem alarmowania o możliwości wystąpienia tornad. Niezwykle zresztą cennym. 

Przez Europę przechodzi obecnie rocznie około 300 trąb powietrznych. W części kontynentu zwanej "Aleją Tornad" zdarzają się obecnie najczęściej te najbardziej intensywne i zarazem najgroźniejsze. Niestety, nasze państwo leży w centrum wspomnianej "alei". Zmiany klimatu potęgują zagrożenie, ale w Polsce tornada odnotowuje się już od wielu lat. Niejednokrotnie dochodziło do wystąpienia ofiar śmiertelnych. To nie są igraszki. 

Niestety, w Polsce nie istnieje żaden sensowny system diagnozowania ryzyka wystąpienia trąb powietrznych, poza ogólnymi prognozami pogody wskazującymi na silne wiatry, które mogą przekształcić się w te ekstremalne zjawiska. Tak naprawdę odpowiednie systemy przeznaczone do tego celu posiadają jedynie Kanada i Stany Zjednoczone. Dzięki Taszarkowi do tej niezwykle wąskiej elity krajów może dołączyć Polska. 


Młody naukowiec odniósł już pierwszy sukces. W lipcu 2012 roku udało mu się przewidzieć tornado w Borach Tucholskich, które doprowadziło do śmierci jednej osoby. - System wydał ostrzeżenie, że w północnej części Polski występuje ryzyko powstania trąby powietrznej, która rzeczywiście się później utworzyła. Była to trąba powietrzna o sile F2/F3 (180-300 km/h) w skali Fujity. Indeks przewidział również słabsze trąby. Niektórych trąb nie udało się jednak ująć w prognozach, dlatego ważne jest, by cały czas pracować nad algorytmem, minimalizować ilość fałszywych alarmów i zwiększać stopień wykrywalności tak, by działał jak najlepiej - powiedział meteorolog serwisowi "TVN Meteo". 

Waga takiego systemu jest ogromna. Choć czasu na ochronienie budynków i innych obiektów infrastrukturalnych w obliczu zagrożenia tornadem nie ma wystarczająco dużo, to jednak ochronienie każdego ludzkiego życia (stworzenie możliwości ewakuacji) jest wartością nie do przecenienia. W dodatku algorytm opracowany przez Polaka może posłużyć także innym krajom, oczywiście za uiszczeniem sprawiedliwej i należnej Taszarkowi gratyfikacji finansowej. Tego należy mu serdecznie życzyć.

Choć z pewnością system opracowany przez meteorologa z Poznania nie jest jeszcze idealny, to jednak należy stworzyć mu wszelkie możliwe warunki i udogodnienia, by mógł go rozwijać. Widać również wyraźnie, jak istotna w życiu kraju jest nauka i dlaczego tak bardzo warto w nią inwestować. Mądrych młodych ludzi mamy bowiem absolutnie pod dostatkiem. 


pogoda.wp.pl


Płacą 2 tys. zł. Zgłasza się 20 chętnych na jedno miejsce

To nie jest praca marzeń. Ale o jedno stanowisko ubiega się 20 kandydatów


O pracy w mundurówce marzą tysiące ludzi. Pewność zatrudnienia, trzynastki, wczasy pod gruszą, pełnopłatne zwolnienia lekarskie i prawo do wcześniejszej emerytury - takie przywileje to ogromna pokusa. Jednak mundur mundurowi nie jest równy. W Polsce mamy ponad 20 tys. funkcjonariuszy służby więziennej (oficerów i podoficerów) oraz pracowników cywilnych więziennictwa. A chętnych do pracy w zakładach karnych jest znacznie więcej. Jak donosi bialystokonline.pl, każde ogłoszenie o pracę w charakterze strażnika więziennego cieszy się w regionie ogromnym zainteresowaniem.

"Najbardziej oblegane było stanowisko strażnika działu ochrony w Zakładzie Karnym w Czerwonym Borze, gdzie tamtejsze służby mają do obsadzenia trzy wolne wakaty. Wystarczyło 8 dni rekrutacji, by do placówki wpłynęło 60 podań, w tym wiele od kobiet. Kolejne aplikacje wciąż napływają." – informował portal. 

Wymagania dla kandydatów na to stanowisko nie są wygórowane, jednak to specyficzna praca i niewiele osób jest w stanie sprostać jej trudom. Jak wyjaśniał w rozmowie z serwisem kapitan Michał Zagłoba, rzecznik prasowy Dyrektora Okręgowej Służby Więziennej w Białymstoku, aby starać o pracę w zakładzie karnym, kandydaci muszą mieć wykształcenie średnie, polskie obywatelstwo, uregulowany stosunek do służby wojskowej i nie być karani. Na testach sprawdzana jest też sprawność fizyczna i predyspozycje psychologiczne kandydatów. 


"Bez wątpienia praca strażnika nie jest pracą dla każdego. Oprócz dobrej kondycji fizycznej kandydat musi cechować się bardzo dużą odpornością na stres, pracować bowiem będzie w bezpośrednim kontakcie z osadzonymi" - dodał kpt. Zagłoba. 

Z pewnością magnesem przyciągającym kandydatów do tej pracy nie jest wysokość pensji. Wynagrodzenie szeregowego strażnika, nie jest specjalnie wysokie - około 2 000 zł netto (wraz z dodatkami). Strażnicy mają też inne problemy. Niektóre bardzo przyziemne. Kilkuset funkcjonariuszy z całej Polski złożyło do sądu pozwy przeciwko dyrekcjom swoich zakładów – chodziło o zwrot kosztów dojazdów do pracy w latach 2010-2011. 


praca.wp.pl